Magazyn Wine and You

Magazyn Wine And You

Nr 2/2015 listopad

Magazyn Wine And You - Nr 2/2015 - listopad

„Samotność”

książka w czterech okładkach

Najnowsza powieść Huberta Klimko-Dobrzanieckiego ukazuje się w ramach projektu literackiego K4.

Nowa powieść napisana przez wybranego autora, ukazuje się jednocześnie, w czterech „wyszehradzkich” językach, czyli: polskim, węgierskim, czeskim i słowackim.

W publikacji powieści autora udział biorą wydawnictwo Noir sur Blanc, Vetrne Mlyny, Kalligram oraz Terra Incognita, przy czym czeskie Vetrne Mlyny oraz węgierskie wydawnictwo Terra Incognita zdecydowały się wykorzystać również identyczną okładkę.

„Samotność” – fragment :

Do mojego domu prowadzą rozsuwające się, przeszklone drzwi. I żaden specjalista od socjalu z sąsiadującej przez czteropasmówkę drogi tutaj nie wejdzie. Gdy automatyczne drzwi się otworzą, kamera zapamięta, co trzeba, a za tymi drzwiami są następne. Też szklane, ale otwierane za pomocą kodu. Tylko nasz konsjerż, mieszkańcy, okresowo listonosz i straż pożarna go znają. Nie ma żadnych wywieszek z nazwiskami, nikt nieproszony cię nie odwiedzi, bo jednym z niewielu sposobów, żeby się znaleźć w środku, jest znajomość tego, kogo chce się odwiedzić, jego numer komórki czy numer telefonu stacjonarnego. Ewentualnie można zapukać w przeszklone drzwi i jeśli pan Stroh będzie siedział za blatem swego biurka w holu wejściowym, to jest szansa pogadania z nim, co niekoniecznie oznacza, że pan Stroh udzieli jakichkolwiek informacji na temat domniemanego mieszkańca.

Mieszkamy tu sporą grupą, ale się nie znamy. Samotność grupowa. Owszem, mógłbym mieszkać w kamienicy, którą posiadam, z której żyję, ale po co się ujawniać, wynajęta firma zajmuje się całą biurokracją, ja tylko co miesiąc odnotowuję wpływy. Nie jest dobrze mieszkać w domu, którego mieszkania wynajmuje się innym. Niepotrzebne żale i niepotrzebne rozmowy, niepotrzebne afiszowanie się i niepotrzebne napiętnowanie. Nie obchodzi mnie, kto tam mieszka, jakie ma problemy, jak się mu powodzi. Ci lokatorzy nie istnieją, przynajmniej dla mnie. I tak jest najlepiej, najintymniej, najbezpieczniej.

Mój brat był innego zdania. Czasami zastanawiam się, czy jesteśmy synami tych samych rodziców. Chciał i do końca mieszkał w swojej kamienicy, którą również wynajmował, toteż kiedy jeszcze spotykaliśmy się, choć i tak nie były to częste spotkania, zanim został Żydem i wyjechał, nie rozmawiał ze mną o nikim innym, tylko o swoich lokatorach, ich kłopotach i ich radościach.

Ponieważ nie mogłem mu się odwdzięczyć taką samą opowieścią, nasze spotkania miały charakter monologu. Długi był to monolog, bo kilkanaście osób zamieszkiwało jego kamienicę. Nudny to był monolog, bo miałem wrażenie, że po dwu-, trzymiesięcznej przerwie nie miał mi nic innego do opowiedzenia. Opowiadał więc to samo co w poprzednim miesiącu. A może ja nie jestem synem mojego ojca? Ojciec był straszliwym nudziarzem i potrafił całymi godzinami opowiadać na przykład o powidłach, tak samo jak mój brat opowiadał o swoich lokatorach. Kompletnie go nie rozumiałem, bo przecież miał wtedy jeszcze inne życie, miał pracę, chodził do niej, nie był Żydem. Tak, był jedną z niewielu osób, która znała numer mojego telefonu stacjonarnego, choć dzwonił do mnie bardzo rzadko. A odwiedził mnie w moim mieszkaniu dwa albo trzy razy. Stwierdził, że czuje się osaczony tymi niskimi sufitami, i wyrzucał mi, że zapłaciłem taką sumę pieniędzy za to, jego zdaniem, dysfunkcjonalne widzimisię jakiegoś zwariowanego włoskiego architekta.

Jeśli się już spotykaliśmy, to albo u niego, albo na mieście, w jednej z tych knajp, które zapewniały względną anoni¬mowość. To, że spotykałem się z nim w knajpie, a nie u niego w mieszkaniu, wynikało też z drobnego incydentu, który miał miejsce niedaleko jego kamienicy.

Był koniec sierpnia i w sklepach zaczęło się pojawiać młode wino. Uwielbiałem te litrowe butelki z zielonego szkła. Niezakorkowane, ma się rozumieć. Te tandetne nalepki, na których o tej porze roku napisane było, że winogrona, z których wino zostało wyprodukowane, pochodzą z kraju unijnego. Ale z którego, tego nigdy nie napisali, przecież mogłoby się okazać, że z tego, o którym myślimy negatywnie. Koniec sierpnia to jeszcze zdecydowanie nie czas na nasze młode wino.

Nasze pojawia się później i na etykiecie napisane jest bardzo wyraźnie, że to nasze, a nasze jest lepsze od innych. Mam całkowite zaufanie do naszego. Jakość produktów spożywczych to chyba jedna z niewielu rzeczy w tym kraju, którym można ufać, lecz co było robić w to sierpniowe sobotnie popołudnie, kiedy zarówno brat, jak i ja mieliśmy ochotę na młode wino? Trzeba było je kupić, nawet jeśli było obce. Jego dzielnica w soboty zamieniała się w jakiś film dokumentalny o tematyce bliskowschodniej. On się upierał i bronił tego pachnącego czosnkiem folkloru. Powtarzał, że to jest ich miejsce, że takich świństw się dopuściliśmy w stosunku do nich, że żadna moc nam tego nie wybaczy. Nie mogę brać odpowiedzialności za cudze czyny, toteż zawsze spieraliśmy się na ten temat.

Nie lubię Żydów, mam do tego prawo, tak samo jak Żydzi mają prawo, żeby nie lubić mnie. Jest jedna różnica między nami, ja jestem u siebie, a oni nie. Ja chodzę normalnie ubrany, a oni chcą się wyróżnić, chodzą nawet w sierpniu w krótkich czarnych płaszczach, białych pończochach, futrzanych czapach. Czy normalny, spokojny obywatel tego kraju ubiera się w taki sposób? Przecież oni mają w sobie zakorzenioną prowokację. A te ich otyłe kobiety, białym pudrem pociągnięte, tłustą śmierć przypominające, na łyso ogolone, w tych swoich obrzydliwych perukach na głowie. Czy normalny facet każe się swojej kobiecie oszpecać? I to ma być ta ich kultura? Nie dziwię się, że kilku chłopaków nie wytrzymało, a że mieli sadystyczne zacięcie, to wyszło, jak wyszło. Może trochę przesadzili, ale staram się ich zrozumieć. I dlatego że staram się ich zrozumieć, jestem antysemitą, a mój brat na znak protestu został Żydem? To, że został Żydem, trudno mi przeboleć, jest ciężko, było ciężko, ale to jednak brat, lecz nigdy nie mogłem pojąć, dlaczego wpycha mi na siłę pogląd, że i ja jestem Żydem, i że rodzice też byli Żydami, że my wszyscy jesteśmy Żydami. Kompletna, chora bzdura, to tak, jakbym się któregoś dnia rano obudził i doszedł do wniosku, że jestem Turkiem! Bo wszyscy jesteśmy Turkami! Wszyscy Turkami w Wiedniu zostaniemy, to już jest przesądzone, choć mam nadzieję, że nie za mojego życia.

Brat całkowicie się Żydami zafascynował. Do tego stopnia, że jak cielę szedł im w sobotę wkręcać żarówki, kiedy się im przepaliły, bo oni w soboty wkręcać żarówek nie mogą. Ciekaw jestem, czy teraz, w Belgii, będąc już Żydem, mając swoją ogoloną żonę w peruce, nosząc pończoszki, jarmułki i płaszczyk przykrótki, kiedy mu się w sobotę przepali żarówka, szuka w okolicy jakiegoś zupełnie skretyniałego Belga, który wymieni mu żarówkę? Był zachwycony tymi ludźmi w czarnych czapeczkach, brodatymi, charczącymi i charkającymi, i ich dziećmi, pejsatymi małymi chłopcami, w białych wypuszczonych na spodnie koszulach, śmigającymi na całkiem współczesnych bmxach. Kiedy wypił sporo, mówił, że kiedyś będzie miał takich synów. No i go ten żydowski Bóg pokarał, widać, że sam nie znosił podrabianych Żydów, więc dał mu dwie córki. I bardzo dobrze! Poszliśmy po wino do Billi, która stała na rogu, pomiędzy bóżnicą a salonem tajskiego masażu. Pomiędzy niebem a piekłem. Żydzi zbierali się przed świątynią, rozmawiali ze sobą, charcząc i charkając oczywiście, ale mogli to robić, i robić to bez żadnych większych obaw, bo nad ich bezpieczeństwem czuwał radiowóz policyjny. Już tak się powyrabiało w tym kraju, że Żydzi mogą wszystko. Policję sobie w soboty ściągają. A któż chciałby do nich strzelać, myślałem wtedy, przecież po takiej akcji nie przestawałoby śmierdzieć czosnkiem przez tydzień. Niesamowite, rząd kompletnie oszalał, dlaczego w niedzielę nie obstawia policją wejść do katolickich kościołów? Przecież katolicy też są zagrożoną mniejszością, ze swoimi niepopularnymi poglądami na temat poczęć i braku poczęć. Stanowią równie wdzięczny obiekt ataków, i co? Nie ma policji przed kościołami. A Żydom można wszystko. Mierzi mnie to. Tylko oni mają prawo do swojego prawa, istna semicka paranoja.

Kupiliśmy z bratem po tej pięknej litrowej butelce i trzymaliśmy je z przodu, przed sobą, nieśliśmy, żeby się nic nie uroniło. Szliśmy bardzo powoli, spokojnie, bo to wino ma to do siebie, że nawet przy delikatnym wstrząsie pieni się nagle i chce opuścić butelkę, toteż wolnym kroczkiem, w skupieniu, nieśliśmy młode wino, nie mając zupełnie pojęcia, co działo się za naszymi plecami. A działo się wiele. Wiele to za mało powiedzieć. Wiele to nic nie powiedzieć. Który z nas mógł przypuszczać, że tak samo cicho i tak samo ostrożnie idzie za nami dwóch mundurowych z wycelowanymi w nasze plecy pistoletami? Bo kto w sobotnie popołudnie przechadza się po żydowskich rewirach z butelkami niesionymi w sposób bardzo ostrożny, jak tylko zamachowcy potrafią, a te butelki to wcale nie młode wino, lecz jakieś koktajle Mołotowa? Dopiero przed drzwiami kamienicy, kiedy brat postawił wino na schodku i sięgnął do kieszeni po klucze, a potem odwrócił się, by sięgnąć ponownie po butelkę, zobaczył dwóch uzbrojonych, w hełmach, maskach, goglach, rękawiczkach, kamizelkach kuloodpornych, nagolennikach i jeszcze nie wiem w czym, i zbladł. Dali nam spokój, upewniwszy się, że nie niesiemy bomb czy innych materiałów, które mogłyby w sposób drastyczny wpłynąć na tych pejsatych szowinistów od niewkręcanych w sobotę żarówek. Na koniec jeden z nich powiedział „Szczęść Boże”! Szczęście to rzeczywiście mieliśmy, bo gdyby któryś z nas wykonał jakiś dziwny ruch lub upadł, sprawy mogłyby się tamtej soboty zupełnie inaczej potoczyć. Dlaczego żaden z nich nie odważył się na „Szczęść Boże”, jak Bóg przykazał, na samym początku?

Pamiętam, że tego dnia ostro się pokłóciliśmy, że nic nie wyszło z tego wina, że wróciłem zdenerwowany do domu, a w nim, przy windzie, znowu mnie ktoś pozdrowił Bogiem i jego szczęściem, choć dobrze wiem, że prawie wszyscy wypowiadają to pozdrowienie automatycznie, bezmyślnie. Większość z nich w Boga nie wierzy, tak samo jak większość tych ludzi, ze mną włącznie, wierzy w to, że Żydzi w tym kraju są tak samo potrzebni jak łyżwy przyczepione do kół roweru. I co się stało? I kto miał rację? Tak bardzo mnie brat krytykował za to, że żyję wyłącznie z czynszów, że spalam się, nudzę, mam za dużo czasu, którego w racjonalny sposób nie potrafię spożytkować, bo on ma czas i na to, i na tamto, mimo że chodzi do pracy. Czy mam się obwiniać za rodziców, którzy zostawili po sobie tyle, że starczy bez regularnej pracy? Obwiniać kogoś, że wygrał w lotto? Obwiniać, że się wysoko urodził? Obwiniać, że nie musi i że nie chce, bo nie musi?

Przecież to takie proste, pracują tylko ci, którzy muszą. I on też to zrozumiał, ale najpierw musiał wyjechać do tej Belgii. Przedtem był Austriakiem podającym się za Żyda i chciał pracować, chociaż nie musiał, ale od kiedy został belgijskim Żydem o austriackich korzeniach, przestał chcieć musieć, sprzedał kamienicę w Wiedniu i kupił inną, mniejszą, ale zawsze, w Belgii, i żyje z tego samego co ja, choć ponoć to jego żona chodzi teraz do pracy, bo musi i ponoć chce.

O autorze:

Hubert Klimko-Dobrzaniecki
– ma czterdzieści kilka lat, a na koncie blisko tuzin wydanych książek. Jest autorem zbiorów opowiadań i powieści za które otrzymał nominacje do literackich nagród Nike, Angelus i Cogito. Znalazł się również w finale Paszportów Polityki. Jego książki, jak do tej pory, zostały przetłumaczone na dziewięć języków. Zajmuje się również pisaniem felietonów (stale dla miesięcznika Odra) oraz scenariuszy filmowych. Na razie mieszka w Wiedniu.


Wstecz